Pierwszy dzień w szkole wyglądał lepiej niż się spodziewałam. Po godzinnej akademii i przydziale wychowawców wraz ze swoimi nowymi znajomymi ruszyliśmy do klasy. Czekając na nauczyciela był czas na tak zwaną "obczajkę". Widziałam, że gapią się na mnie w szczególności dziewczyny. No cóż, nie ubrałam się tak ekstrawagancko jak moje koleżanki. Miałam czarne spodnie, podkoszulek z AC/DC, czarny żakiet i glany. W porównaniu z nimi wyglądałam hmm... bynajmniej żałośnie. Po prostu nie chciałam aby ludzie pomyśleli, że jestem taka jak wszyscy. Po kilkunastu minutach patrzenia w ścianę do klasy wszedł mężczyzna w średnim wieku z charakterystyczną wielką, rozwalającą się teczką. To był mój wychowawca - Piotr Jankowski, nauczyciel WOS-u. Przywitał się przyjaźnie i wyciągnął kopie naszych świadectw oraz punktacje egzaminów gimnazjalnych. Wyczytywał wszystkich po kolei i wyrażał swoją opinie na temat wyników w poprzedniej szkole. Przyszła i kolej na mnie:
- Aleksandra Werner?
- Tak, słucham.
- Co ty robisz w tej szkole dziecko? - spytał z podejrzanym uśmiechem
- Panie profesorze, przyszłam się uczyć. - oznajmiłam
- Powinnaś iść do lepszego liceum. 183 punkty? Dawno nie mieliśmy tu kogoś takiego.
- Po prostu egzaminy mi dobrze poszły, to wszystko.
- Laureatka olimpiady z wiedzy o społeczeństwie... Czyli mogę się spodziewać twojej aktywności na lekcjach? - uśmiechnął się przyjaźnie
- Oczywiście. Uwielbiam historię i WOS, dlatego jestem w tej klasie.
- Tak w ogóle to jesteś z Krakowa? Widzę, że szkoła podstawowa ukończona w Warszawie. A jak z gimnazjum?
- Jestem z Warszawy, ale mieszkam w Krakowie od 3 lat. Chodziłam do gimnazjum na Stromej.
- Prywatne, prawda? Kojarzę tę szkołę, uczy tam mój były uczeń.
-Tak, zgadza się.
Po tych słowach skończyliśmy dyskusję. Już po godzinie stwierdziłam, że mój wychowawca jest świetny. Na pierwszej lekcji już zaczął mówić o wycieczce klasowej. Nikogo nie oceniał z powodu gorszego zachowania czy ocen - mówił co trzeba poprawić i jak, żebyśmy uczyli się jeszcze lepiej. Pierwszy tydzień był tygodniem zapoznawczym - mieliśmy głównie lekcje z panem Jankowskim, panią pedagog i panią psycholog. Zajęcia te miały na celu integracje z klasą. Mi to jakoś szczególnie nie wychodziło. Nie miałam ochoty z nikim gadać. Kiedy inni na przerwach rozmawiali, śmiali się - ja siedziałam na korytarzu ze słuchawkami na uszach zagłębiając się w ulubioną muzykę. Byłam strasznie samotna, ponieważ moi znajomi wybrali technikum lub liceum na drugim końcu Krakowa. Dni mijały i zaczęły się pierwsze prawdziwe lekcje (te z kartkówkami i odpowiedziami ustnymi). Rozpoczęłam bardzo dobrze. Może dlatego znajomi z klasy mieli do mnie jeszcze większy dystans. Nikt nie lubi kujonów - a właśnie za taką byłam uważana. Kiedyś w toalecie podsłuchałam jak moje "koleżanki" mówią o mnie: "Bogata kujonka, która myśli, że jest fajna". Obmowy zaczęły się od momentu kiedy zauważyły że mam iPhone6 i drogie ciuchy. Sama nigdy tego nie chciałam. Los jednak sprawił, że byłam jedynaczką i zostałam obdarowana przez rodziców nie tylko miłością, ale i drogimi rzeczami, które miały wynagrodzić ich ciągłą nieobecność. Moi rodzice to oboje lekarze i pochodzą z Warszawy. Mieszkałabym tam nawet do teraz, gdyby tata ne dostał dużo lepszej propozycji w Krakowie. Im lepsza praca tym więcej pieniędzy. Gdy byłam w gimnazjum lubiłam wydawać i na dodatek "lansować" się tym. Takie coś jednak nie było do końca w moim stylu. Mimo tego, że się buntowałam co do drogich prezentów - zawsze mi coś kupowali. Z jednej strony fajnie, z drugiej - nikt nie chciał się ze mną zadawać. Chyba, że puste laski kumplujące się tylko z bogatymi. Idiotyzm.
Na dodatek wyróżniałam się stylem. Kiedy 99% dziewczyn w szkole miało na sobie luźne bluzy, rurki i air force, ja miałam czarną mini, czarną koszulkę, trampki. Uwielbiałam czarny. Zdałam sobie jednak sprawę, iż mój ubiór zwraca zbyt dużą uwagę. Po jakimś czasie zaczęłam ubierać się jak 99% "koleżanek". Ale to już zupełnie inna bajka. W ciągu pierwszych tygodni miałam podjąć decyzję, czy uczęszczać na lekcje religii. Moi rodzice powiedzieli, że zrobię jak uważam. Zostałam wychowana na ateistkę, jednak czasem pojawiałam się w kościele. Właśnie w tym, gdzie zazwyczaj msze sprawował mój katecheta. Okazał się bardzo fajnym człowiekiem i mądrze mówił. Postanowiłam nie wypisywać się z religii, również przez wzgląd na to, iż w przeciwnym wypadku byłabym jedyną "taką" w klasie. Wolałam też nie wspominać, że nie mam chrztu. Miałam tylko wierzyć w siebie i doskonalić swoje umiejętności.
Klasa ogólnie była bardzo zróżnicowana, miałam w klasie muzułmanina, żydów, ciemnoskórych. Właśnie z nimi pierwszymi nawiązałam jakąkolwiek rozmowę. W ławce siedziałam z Szaron, rdzenną Polką wyznającą judaizm. Bardzo ładna dziewczyna. Miała czarne włosy, brązowe oczy i jasną karnację. Dla kogoś kto jej nie znał mogła wydawać się dziwna. Ubierała się na czarno zupełnie jak ja i na dodatek słuchała tej samej muzyki. Okazało się, że ona i Omar mają się ku sobie, mimo tego, iż dzieliło ich wiele. Tak ogólnie to w przeciągu miesiąca nawiązały się pierwsze przyjaźnie "na zawsze". Albo i związki. Czułam się jeszcze bardziej jak taki typowy "no life". Na początku października do klasy doszedł nowy kolega. Wyróżniał się na tle innych chłopaków. Był bardzo przystojny. Wszystkie dziewczyny zachwyciły się jego urodą, stylem bycia. No dobra. Nie powiem, że ja nie. Z wyglądu podobało mi się wielu, ale nie jestem z tych "lecących" tylko na coś co widać gołym okiem. O wiele bardziej zwracałam uwagę na poczucie humoru, zainteresowania itp. O "nowym" wiedziałam tylko tyle, że nazywa się Kamil Zieliński i przeprowadził się do Krakowa z Warszawy - zupełnie jak ja. Na początku wydawał się miły. Później jednak zauważyłam, że kumpluje się z największymi tapetami w klasie. Stwierdziłam, iż nie jest wart najmniejszej uwagi. "Lansował się" wszystkim - telefonem, butami, ubraniami. W mojej klasie nie było ludzi, że tak powiem mających mniej. W mojej klasie było w luj ludzi zawistnych albo takich, którzy przyjaźnią się tylko z ludźmi na swoim poziomie. To wszystko odzwierciedlało to, iż z "nowym" trzymały się tylko koleżanki.
Czas mijał szybciej niż mogłam się spodziewać. Nastąpił listopad. Coraz bardziej odcinałam się od gimnazjum, zaczęłam żyć nowym życiem. Moją jedyną koleżanką była Szaron, a kolegą jej chłopak Omar. Życzyłam im jak najlepiej, byli piękną parą i moimi jedynymi bliższymi znajomymi. Mimo tego, iż prawie wszystko zostawiłam za sobą, los chciał mi co nieco przypomnieć. Na lekcji wychowawczej gadaliśmy z panem Jankowskim o wycieczce klasowej, która miała odbyć się za dwa tygodnie. Cieszyłam się do momentu, gdy nie dowiedziałam się, że jedziemy do Warszawy. No, ale cóż - praktycznie nikt z klasy w stolicy nie był. Siedziałam w pierwszej ławce (choć nie chciałam), więc kiedy wszyscy zaczęli już gadać na swoje tematy mój wychowawca spytał mnie:
- Ola, czy ciebie uczył Michał Szulc ?
- Tak - powiedziałam smutna słysząc jego nazwisko
- To właśnie jego uczyłem. Daje sobie rade ?
- No tak, bardzo dobry nauczyciel, uczył mnie historii i WOS-u.
- Masz duże osiągnięcia z tych przedmiotów. Może będziesz kolejną moją uczennicą, która zostanie nauczycielką. - powiedział z uśmiechem
- Bardzo możliwe - oznajmiłam
Zabolało. Nigdy bym nie pomyślała, że ktoś o "tym" znowu przypomni. Spaliłam listy, a te z poczty elektronicznej usunęłam. W moim życiu nie było już po Michale śladu. Posmutniałam, ale skąd mój wychowawca miał wiedzieć, że ta rozmowa tak na mnie podziała. Moje złe samopoczucie zauważyła Szaron. Mimo, iż wiedziałam o jej pełnej dyskrecji, nie byłam w stanie jej powiedzieć. Nie chciałam tego rozgrzebywać i przeżywać na nowo. Po korytarzu chodziłam jak żywy trup, słuchając smutnej muzyki. Na lekcji byłam nieobecna. Może się to wydawać dziwne. Nie łączyło mnie z tamtym człowiekiem prawie nic, jednak wspomnienie o nim było bardziej bolesne niż jakikolwiek ból fizyczny. Niejednokrotnie zastanawiałam się, jakby teraz wyglądało moje życie, gdybym w dniu zakończenia roku szkolnego nie odeszła. Po długich przemyśleniach stwierdziłam, że tak samo. Po prostu cierpiałabym jeszcze bardziej, a on miałby satysfakcje, że rozkochał w sobie kolejną naiwną uczennicę.
Wychodząc z klasy jako pierwsza, gwałtownie otworzyłam drzwi. Okazało się to bardzo bolesne dla osoby będącej po drugiej ich stronie. Szybko spostrzegłam jak jakiś chłopak stoi przy ścianie i trzyma się za głowę. Nie zastanawiałam się długo i podbiegłam spytać czy wszystko w porządku. Poszkodowany okazał się ... zupełnie nieprzeciętny. Usiadłam z nim na ławce, zmuszona przez ewentualne wyrzuty sumienia. Gdy tylko odgarnął swoje długie włosy ujrzałam brązowe, duże oczy i sporą brodę, którą hodował zapewne dla ulepszenia całego wizerunku. On również spoglądał na mnie.
- Świetnie wyglądasz - powiedział z zachwytem
- Ty również - oznajmiłam
- Dlaczego cię jeszcze nigdy nie widziałem?
- Jestem z pierwszej klasy, a ta szkoła jest dosyć duża.
- No tak, ja jestem z 3. Masz dobry gust muzyczny - wskazał na moją koszulkę
- Ty również jak widzę. Tak w ogóle to Ola jestem.
- Łukasz. Nie wiesz jak się cieszę, że dostałem od ciebie drzwiami - powiedział śmiejąc się
- Ale wszystko okej? - spytałam z uśmiechem
- Okej, ale byłoby lepiej gdybyś dała się zaprosić na spacer. O której kończysz?
- Właściwie to teraz powinnam być w drodze do domu.
- Ja też, więc może dasz się odprowadzić?
- Nie widzę przeszkód - powiedziałam
Przeszliśmy się przez park i okazało się, że Łukasz mieszka bardzo blisko mnie. Dzieliły nas dwie ulice. Zaproponował abyśmy codziennie razem wracali. Nie miałam powodów się nie zgodzić. Swoją drogą był bardzo miły i mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów do rozmowy.